Miejskie Centrum Kultury w Czarnkowie

Wakacyjny wyjazd w Bieszczady 2006

Ocena 0/5

Logo RST

Idea wyjazdu w Bieszczady powstała dokładnie rok temu, podczas wyjazdu na wschód Polski. Tam urzekły nas niesamowite krajobrazy, bliskość nieskażonej niczym natury. Fascynowały nas wioski, w których czas zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu i ludzie potrafiący żyć ze sobą w zgodzie, bez względu na kulturę czy religię, jaką wyznają. Wówczas, docierając po całodniowej walce z deszczem, do Lublina, a następnie do Puław, gdzie kończyła się nasza wędrówka, pytaliśmy siebie nawzajem, może by tak dalej... do Przemyśla... i na południe... w Bieszczady?
Rok później, 25 lipca, wielu z nas obudziło się bardzo wcześnie, próbując gorączkowo zasnąć by zaskarbić sobie, choć kilkadziesiąt minut snu. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że czeka nas długa i wymagająca wyprawa. Stan takiego oczekiwania, podniecenia nazywa się "reisefieber" i towarzyszy ważnym wydarzeniom. Dla członków Rowerowej Sekcji Turystycznej z Czarnkowa, każdy kolejny wakacyjny wyjazd jest długo oczekiwanym wydarzeniem na skale roku.
Z Czarnkowa wyruszyliśmy dokładnie o 8.00. Budzące się ze snu miasto żegnało nas pejzażem witryn sklepowych i ludzi pozdrawiających nas i życzących przysłowiowego "połamania szprych". Pierwszy etap podróży miał być prosty i nieskomplikowany, zakładał dotarcie do Trzcianki, stamtąd dojazd pociągiem do Przemyśla. Jednakowoż trzynastogodzinna podróż pociągiem i nieoczekiwana przesiadka w Lublinie okazała się bardzo wyczerpująca. Kiedy dotarliśmy do Przemyśla była już noc, więc uroki i zabytki miasta mogliśmy poznać dopiero następnego dnia. Miasto okazało się piękne, jednak największe wrażenie zrobił na nas San, płynący majestatycznie szeroką doliną rzeczną, wzdłuż której mieliśmy okazję jechać, jak się później okazało nie pierwszy i nie ostatni raz. Nie obyło się oczywiście tego dnia bez awarii, duże obciążenie i wadliwa felga (usterkę, której wykryliśmy dopiero później) sprawiło, że jeden z rowerzystów złapał "panę". Na szczęście dla naszego kolegi Krzysztofa wymiana dętki, to zaledwie kilka minut pracy i mogliśmy jechać dalej. Po drodze zwiedziliśmy zamek w Krasiczynie, który jest jednym z największych skarbów polskiej architektury renesansowej. Jednak naszą uwagę coraz częściej przykuwały, roztaczające się przed nami szerokim pasem, góry. Wiedzieliśmy, że przyjdzie się nam zmierzyć z kilkukilometrowymi, bardzo stromymi podjazdami, niebezpiecznymi zjazdami oraz z "gadziną", czającą w lesie, przed którą ostrzegali nas najstarsi górale. Długo wspominać będziemy Góry Słonne, które dla nas, ludzi z nizin, były "chrztem bojowym" i zapowiedzią kolejnych, jeszcze większych trudów. Warto było, gdyż ten prawie dziesięciokilometrowy podjazd o nachyleniu dochodzącym do 8% otworzył nam drogę do serca Bieszczad. Następnego dnia podziwialiśmy Zalew Soliński, wkomponowany w krajobraz wysokich gór. Jednak trasa naszej wyprawy prowadziła dalej na południe. Pozostawiliśmy za sobą wszystkie duże miasta i ośrodki turystyczne. Po kilku dniach wędrówki, chcąc zobaczyć bardziej odludne części Bieszczad, dotarliśmy do Ustrzyk Górnych. Dalej na południe rowerem dojechać się już nie da. Był gdzieś tu "duch" tych surowych, zapomnianych, natchnionych gór, których szukaliśmy. Imponująca Połonina Ceryńska wznosząca się wysoko ponad horyzont, wijące się na zboczach serpentyny ulice, górskie potoki, w których, w upalne dni zażywaliśmy kąpieli, wszystko to sprawiło, że zakochaliśmy się w tym miejscu. Jeszcze wiele razy spoglądaliśmy za siebie z tęsknotą, opuszczając ten malowniczy region Bieszczad. Nasza dalsza trasa wiodła w kierunku Sanoka, gdzie znajduje się jeden z największych w Polsce skansenów. Park Etnograficzny w Sanoku należy również do najpiękniejszych muzeów na wolnym powietrzu w Europie. Zostały tu przeniesione i odtworzone typowe układy zabudowy wsi i zagospodarowania zagród oraz obiektów sakralnych. Skansen ukazuje przede wszystkim sposób życia rdzennych mieszkańców tego regionu, ich zróżnicowanie pod względem kulturowym, obyczajowym i religijnym. Dziedzictwo, jakie tu zgromadzono, jest również niemym świadkiem ich tragicznych losów, kiedy po przeprowadzeniu akcji "Wisła", zostali z tych terenów wysiedleni. O ile piękniejsze mogłyby być Bieszczady z nimi. Kolejnym ważnym punktem na mapie naszej wyprawy był Łańcut z przepięknym Pałacem Lubomirskich oraz muzeum dorożek i powozów. Mijały kolejne dni, a Bieszczady coraz bardziej znikały za horyzontem był to znak, że wkraczamy do nowej krainy zwanej Roztoczem. W 1982 roku doceniono walory przyrodnicze regionu i założono Roztaczański Park Narodowy z siedzibą w Zwierzyńcu. To malownicze miasto położone jest niedaleko Szczebrzeszyna, a wszyscy niemal wiedzą, że "w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie", myśmy chrząszcza nie spotkali tylko... drogowców, którzy całą chmarą krzątali się wzdłuż drogi podczas licznych "robót drogowych". Kiedy dotarliśmy do Zamościa było ciepłe popołudnie, padało w całej Polsce, tylko nie tutaj. Pogoda sprzyjała nam nadal. Spędziliśmy w tym mieście dwa dni, zwiedzając m.in. zabytkowy rynek, katedrę, Arsenał, starą Bramę Lwowską. Miasto ma swój klimat, choć według autora tekstu jest przereklamowane. Po jednodniowym odpoczynku w Zamościu pokonanie stukilometrowego odcinaka, jaki dzielił nas od Lublina, było przyjemnym spacerkiem. Historia lubi zataczać koło. Oto znaleźliśmy się w Lublinie po raz drugi. Tym razem dojechaliśmy tu od południa, spinając wschód Polski w wielką klamrę, w całości przejechaną rowerem. Radość była ogromna, ale i żal, że to już koniec. Tradycyjnie już pobyt w Lublinie uczciliśmy lodami i wspólnym zdjęciem przed zamkiem.
Następnego dnia wsiedliśmy do pociągu, który z "lekkim" opóźnieniem zawiózł nas do Trzcianki. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy zauważyliśmy, że z wielkim transparentem "witamy rowerzystów MCK Czarnków" zmierzają w naszym kierunku nasi najbliżsi, którzy przez cały ten czas trzymali za nas kciuki. Aż się łezka w oku kręci... Potem tylko honorowa runda na rondzie w Czarnkowie... i w ten oto sposób, wakacyjny wyjazd Rowerowej Sekcji Turystycznej, stał się częścią historii.
...a i jeszcze jedno...
Jak ktoś życzy połamania szprych, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, to i tak się łamią!
Robert Mania

Galeria zdjęć

rb2006072501 rb2006072502 rb2006072503 rb2006072504 rb2006072505 rb2006072506 rb2006072507 rb2006072508 rb2006072509 rb2006072510 rb2006072511 rb2006072512 rb2006072513 rb2006072514 rb2006072515 rb2006072516 rb2006072517 rb2006072518 rb2006072519 rb2006072520 rb2006072521 rb2006072522 rb2006072523 rb2006072524 rb2006072525 rb2006072526 rb2006072527 rb2006072528 rb2006072529 rb2006072530 rb2006072531 rb2006072532 rb2006072533 rb2006072534 rb2006072535 rb2006072536 rb2006072537 rb2006072538 rb2006072539 rb2006072540 rb2006072541 rb2006072542 rb2006072543 rb2006072544 rb2006072545 rb2006072546 rb2006072547 rb2006072548 rb2006072549 rb2006072550 rb2006072551 rb2006072552 rb2006072553 rb2006072554 rb2006072555 rb2006072556 rb2006072557 rb2006072558 rb2006072559 rb2006072560 rb2006072561 rb2006072562 rb2006072563 rb2006072564 rb2006072565 rb2006072566
powrót do kategorii
Poprzedni Następny
Spodobała Ci się informacja? Zostaw nam swoją opinię
- to dla Ciebie staramy się być najlepsi, a Twoje zdanie bardzo nam w tym pomoże!
Twoja ocena
Ocena (0/5)

Pozostałe
aktualności