Tyle zachodu dla tego wschodu 2005

Tradycją Rowerowej Sekcji Turystycznej z Czarnkowa jest coroczny wyjazd w atrakcyjną turystycznie część Polski. Tym razem drogi zaprowadziły nas dość daleko - naszym celem były wschodnie rejony naszego kraju. Wyjazd ten przeszedł już do historii i to do takiej, której żaden z uczestników nigdy nie zapomni.
Obawy były spore i to w większości miewały je dziewczyny, bo w dwunastoosobowej ekipie, były tylko trzy. Na szczęście nie zawiodło nic, a dziewczyny w szczególności. Pierwszy dzień to wyjazd rowerami do Gniezna i tam oczywiście zwiedzanie Katedry Gnieźnieńskiej oraz grobu św. Wojciecha. Później trasa do Torunia, która wiodła przez Strzelno (Bazylika św. Trójcy i rotunda św. Mikołaja) oraz Kruszwicę (tu Mysia Wieża, w której według legendy został zjedzony przez myszy książę Popiel). Dalszy etap to dojazd (tym razem pociągiem) do Ełku i tak naprawdę to właśnie tutaj zaczął się nasz prawdziwy start. Wigierski Park Narodowy, położony w tych okolicach, zachwycił nas swoim urokiem. Następny dzień to Suwałki i chyba można powiedzieć, że nieszczęsne dla naszej ekipy. Ktoś połasił się na jeden z naszych rowerów, po którym niestety do tej pory "ani widu, ani słychu". Niektórym taki incydent przeszkodziłby w dalszej wyprawie, ale nie nam twardym oraz doświadczonym cyklistom z Czarnkowa. Nastąpiła mała konspiracyjna zrzutka pieniędzy i kolejnego dnia rowerów znów było dwanaście. Muszę tu wspomnieć jeszcze, że niestety złodziejowi nie wystarczył sam rower, bo zginęły nam także dwa namioty. Tak więc część męskiej ekipy nie miała innego wyjścia jak tylko spać pod gołym niebem (do wiadomości wszystkich zainteresowanych: mimo nocnej burzy wszyscy żyją do tej pory). "Duch puszczy wschodu" prowadził nas i nie opuszczał przez cały wyjazd. Te tereny Polski to interesująca kultura i zwyczaje. Zwiedzaliśmy mnóstwo ciekawych i pięknych miejsc. Należy tu wymienić muzułmańskie meczety w Bohonikach i Kruszynianach, gdzie wszystkich zachwyciła kultura islamu. Byliśmy w synagodze żydowskiej w Tykocinie, a naszą uwagę przykuły przepiękne cerkwie m. in. w Supraślu, Hajnówce i Jabłecznej. Dużym przeżyciem był wjazd na górę Grabarkę i widok ogromnej ilości tak słynnych krzyży. Muszę tu wspomnieć także o kościołach w obrządku rzymsko-katolickim, które emanowały swoim urokiem (m. in. Kodeń i Goniądz). Warto dodać, że mimo różnicy wyznaniowej wszędzie spotkaliśmy się z ciepłym przyjęciem i chęcią opowiedzenia historii danego miejsca. W trakcie naszej czternastodniowej wyprawy (26 lipca - 8 sierpnia) dwunastu cyklistów przejechało rowerami 1251 km, przez 5 województw (wielkopolskie, kujawsko-pomorskie, warmińsko - mazurskie, podlaskie i lubelskie), poznaliśmy przyrodę 5 Parków Narodowych (Wigierskiego, Biebrzańskiego, Narwiańskiego, Białowieskiego i Poleskiego). Muszę jeszcze dodać, że zjedliśmy 132 bochenki chleba, jakieś 70 pączków, 64 konserwy turystyczne (słynna łeptowina z kabaretu "Ani mru mru"!), ok. 40 pasztetów i wypiliśmy jakieś 450 litrów wody i wcale nie dokonało tego stado małych żubrów z Białowieży tylko spragniona ekipa rowerzystów, która w jakiś sposób musiała uzupełnić utraconą energię po codziennej trasie. Nie będę podawać tu ilości pochłoniętych batoników i czekolad, bo liczba ta przeraziłaby nawet najwierniejszych naszych zwolenników. Wyjazd ten owocował także w dość częste usterki naszych rowerów. Tak więc: straciliśmy 1 rower, złapaliśmy 7 gum, pękło 6 szprych, 1 tylna ośka, zgięły się widełki i niemal każdy wrócił do domu z krzywym kołem. Ale jak to my - wszystko naprawimy. Mimo poniesionych strat warto było odwiedzić tereny zróżnicowane pod względem etnicznym, kulturowym i wyznaniowym (ciekawie obrazuje to muzeum w Sokółce). Jednak poznając tamte części naszego kraju muszę stwierdzić, że różnice między "zachodem" a "wschodem" widoczne są gołym okiem. Stare domy z drewna, studnie na podwórkach i sklepy "przyjeżdżające" raz w tygodniu. Ma to jednak swój niepowtarzalny urok. Końcowe dni wyprawy to zwiedzanie Lublina, Kazimierza Dolnego (a w nim najstarsze w Polsce organy, wzgórze Trzech Krzyży i ruiny średniowiecznej warowni). Później już tylko Puławy, a stamtąd podróż pociągiem do domu. W Czarnkowie honorowa runda wokół naszego ronda i... koniec. Może pogoda nie zawsze dopisywała, bo lało od rana do wieczora kilka dni z rzędu i nie pomagały nawet najlepsze płaszcze przeciwdeszczowe, ale co tam, życie jest piękne, a rowerowy wyjazd na wschód tylko raz w życiu.
Hanna Heppner


- to dla Ciebie staramy się być najlepsi, a Twoje zdanie bardzo nam w tym pomoże!